...czyli to co się zdarzy, zobaczy, przeżyje, pomyśli, usłyszy... Poczuje.
Lubię czytać
RSS
niedziela, 15 stycznia 2012

Dzisiejszy dzień to jest masakra jakaś. Zdałam sobie po raz kolejny sprawę z tego, że nie widzę przed sobą świetlanej przyszłości, ani w zakresie pracy, ani relacji międzyludzkich. I jak bardzo można pomylić się codo ludzi, i jak bardzo ci których kochamy lub kochaliśmy są w stanie nas skrzywdzić. Znają nasze słabe punkty, a potem z premedytacją wykorzystują. Ale wierzę, że niedługo przyjdzie mój czas i moja kolej na wyrównanie rachunków. Szkoda że pisząc te słowa buzuje we mnie czysta nienawiść, no ale trudno... Wszystko się zmienia - nawet to, co jest constans.

Tyle...

 

czwartek, 25 sierpnia 2011

Hejo, to znowu ja... :) Od czasu ostatniego wpisu udało mi się nieco ogarnąć. Na szczęście.

Znów muzyka jest dla mnie źródłem radości i przyjemności. Znów łezka się w oku kręci kiedy słucham czegoś co mnie zajebiście jara :)

I co ważne, przestałam się w końcu tak zamykać. Ostatnio dotarło do mnie, jak ważni są dla mnie moi przyjaciele. I że bez nich byłabym nikim. Rzecz jasna, jak to ja, musiałam być dla nich wredna i chamska, ale na szczęście teraz zrozumiałam że to bez sensu. Jest mi lepiej, po prostu. Kiedy nie jestem permanentnie o coś / na coś / na kogoś zła. A moja "ucieczka" od K. - to też nie ma sensu. Jeśli są problemy, trzeba stanąć z nimi twarzą w twarz. Nie tworzyć swojego okopu, nie zamykać się i nie przesądzać wszystkiego z góry. Nie po to poświęcam swoje zaangażowanie i czas, by potem zniweczyć wszystko jednym ruchem, kilkoma słowami. To nie jest droga do szczęścia. Czasem trzeba odpuścić, choćby po to, by nie zwariować.

Chyba obejrzę jakiś film, tymczasem dla Was muzyka:

Jak dla mnie, mistrzostwo :) polecam też inne kawałki Toola, przy okazji ;)

niedziela, 14 sierpnia 2011

 

Nie wiedzieć dlaczego, pisząc tą notkę mam wrażenie, jakbym wracała na stare śmieci z podkulonym ogonem. Czytając poprzednie notki widzę, jak zmieniło się moje podejście do otoczenia i ogólnie świata przez ten czas, jak mnie tu nie było. A właściwie, to czuję się jakby ktoś mnie połknął, porządnie przeżuł i wypluł.

Na ogół staram się mimo wszystko utrzymywać dobry nastrój, nie złościć się bez grubszego powodu, nie wpadać w jakieś bezsensowne dołki. Ale obecnie jestem dokładną tego przeciwnością. Każde głupie słowo usłyszane od kogoś, zwłaszcza od K., biorę do siebie i wkurzam się. Staram się uśmiechać i nie złościć, ale zamiast tego siedzę z naburmuszoną miną i wkurzam się. Nie potrafię się ostatnimi czasy ogarnąć. Zupełnie.

 

Co się zmieniło? Bardzo dużo, cholera...

Przetrwałam pierwszy rok studiów. Brałam nawet udział w rekrutacji na studia farmacji i medycyny. Na medycynę się nie dostałam, na farmację tak, ale zdecydowałam jednak zostać na analityce, mimo wszystko. Moja dobra kumpela z roku, Dorota, przeniosła się właśnie na farmację. Będzie mi jej brakować, i to strasznie. Zachciało mi się studiować medycynę. Rzecz jasna, nie jestem tego na 100% pewna, być może bycie lekarzem i leczenie ludzi jest moim marzeniem, tym co powinnam robić, może nie... Nie wiem tego jeszcze. Jestem więc zagubiona jeśli chodzi o wybór życiowej ścieżki w kwestii zawodu. Jeśli o to chodzi, chyba bym wycałowała na śmierć osobę, która ustawiłaby mnie do pionu i pomogła mi się określić, utwierdzić w tym co jest dla mnie dobre i właściwe.

Mieszkam sama. Tak, sama... Mój dom jest teraz tylko w miarę ładnym mieszkaniem. Od czasu gdy nie ma w nim Matki, nie czuję się tu dobrze. Czuję się obco we własnym domu, mam ochotę z niego wyjść i nigdy już nie wrócić. Ścigające mnie w każdym kącie wspomnienia i miażdżące poczucie winy skutecznie odpychają mnie od tego miejsca. W którym obecnie siedzę - sama... Częściej niż u siebie w domu, bywam u K. Po śmierci Mamy jakoś tak się utarło, przyjeżdżając z Poznania bywałam tam praktycznie cały czas, w którymś momencie myśląc o przyjeździe do domu, myślałam bardziej o domu K. niż o swoim. Rodzina K. traktuje mnie tam jak swoją, a poza tym każdy człowiek potrzebuje innych ludzi wkoło siebie. To zupełnie co innego - siedzieć samemu w domu ze świadomością, że za godzinę i tak ktoś wróci bo przyjdzie z zakupów, z pracy czy ze szkoły, a siedzieć samemu i wiedzieć że możesz spodziewać się jedynie gości, a nie domowników. Mój dom działa na mnie depresyjnie, i czasem ciężko mi to znieść. Co jeszcze? Tak jak kiedyś byłam przyzwyczajona do samotności, lubiłam siedzieć godzinami sama w pokoju z książką lub przy kompie, tak teraz nie mogę tego znieść. Tak przyzwyczaiłam się do obecności ludzi wokół mieszkając z moimi dziewczynami w Poznaniu, że nie potrafię znieść nawet jednego wieczora samej. Albo jest to też kwestia śmierci Mamy i tego, że dało mi to samotność - będąc w domu jestem samotna z przymusu, a nie z wyboru jak niegdyś. To naprawdę robi różnicę...

Jakby tego było mało, nie układają mi się relacje z bratem. Nie mam nawet siły na to, by opisywać ile stresu kosztuje mnie relacja z nim. Niestety, rodzina potrafi być toksyczna. To i wszystkie rzeczy wkoło zaczęły mnie miażdżyć, spokojna miła dziewczyna musiała zacząć bić się o swoje zdanie, interesy. Nie wiem dlaczego mam aż tak silne poczucie tego, że moje obecne życie mnie po prostu miażdży. Straciłam siłę do planów, marzeń. Nawet muzyka nie cieszy tak jak kiedyś. Znajdę jakiś kawałek, cieszy mnie dzień, dwa, albo pięć minut, a potem o nim zapominam. Aż mi wstyd, że tak jak kiedyś próbowałam "łapać chwile ulotne jak ulotka" (nadal zresztą taki jest tytuł tego bloga...), tak teraz każdy dzień mija mi błyskawicznie, bez przeżyć, bez iskry. Nawet jeśli są takie dni, szybko o nich zapominam i zlewają się z rzeką tych dni szarych, zwykłych, takich samych. Albo "skażam" je złością, gniewem, pretensją, marudzeniem, narzekaniem. Nie poznaję siebie samej.

Co gorsza, K. chyba też nie. Zarówno ja, jak i on zdążyliśmy zorientować się, jak bardzo potrafimy się wzajemnie ranić i na co nas stać. Po tych wszystkich dobrych chwilach, mam wrażenie że nadszedł czas próby. Albo odnajdziemy w nas to coś, co stanowi treść naszej relacji, albo w krótkim czasie zgaśniemy, pozostawiając po sobie wzajemny niesmak i rozczarowanie. Jak to mówią, albo wte albo wewte...

I tylko jednego teraz chcę: OGARNĄĆ SIĘ, DO CHOLERY.

Żeby nie było aż tak źle, powrzucam trochę muzyki z tegorocznego Woodstocku. Pięknie było, btw ;)

 

Numer 1, Luxtorpeda

Numer 2, Łąki Łan

Numer 3, Heaven Shall Burn


Mówię Wam, Woodstock to są takie emocje, że nie da się tego ogarnąć. Niby tylko siedzenie przy namiotach prawie cały dzień i wieczorem koncerty, ale na koncercie Helloween prawie płakałam, a wracając z koncertu Riverside już na serio musiałam ocierać łzy z policzków. Idąc drogą w stronę pola namiotowego miałam wysrane na wszystko, ale jak zobaczyłam dużą scenę, pole usiane tysiącami namiotów, full ludzi - zdałam sobie sprawę, że na to czekałam cały rok. Łza się w oku zakręciła wtedy...

Woodstock to nie festiwal. Woodstock to styl życia.

sobota, 01 stycznia 2011

Kuźwa... Kobiety zawsze czują takie rzeczy... Zawsze czują, że coś się w ich sercu dzieje, że coś jednak dwoje ludzi zaczyna łączyć.

Jechałam do domu z myślą, że znowu nic się nie zmieni, że K. będzie ze mną rozmawiał tak jak zwykle, a ja jak zwykle będę umierać słysząc jego głos, patrząc na niego i wiedząc że nie może być mój, z poczuciem że dam się pokroić za jeden jego czuły gest. Myślałam: przyjadę, będzie jak zwykle, pojadę do Poznania po raz kolejny z tym dziwnym poczuciem niepewności o to, co będzie i o to, czy K. coś do mnie czuje.

Co za typ... Tak samo skryty jak ja. Ukrywał swoje uczucia przez cały czas, z tych samych powodów co ja. Aż w końcu zaczęło dziać się tak, że oboje nie potrafiliśmy ich już ukryć, zaczęły wzbierać coraz mocniej zgodnie z "zapowiedzią" naszej wspólnej znajomej. Mówiła mu, że uczucia można ukrywać tylko do pewnego czasu, bo prędzej czy później wybuchną. Straci się nad nimi panowanie, zerwą się z łańcucha i zaczną dominować. To właśnie w te święta zaczęły się wymykać nam obojgu spod kontroli nieśmiałości i strachu o wzajemność. Rozmowa o trzeciej w nocy, niedługo potem wspólnie spędzona alternatywa, no i dzień później... Tak jakby z nas obojga spadło całe udręczenie w którym żyliśmy, nie wiedząc wzajemnie o uczuciach które nami targały. Od tego momentu nie idzie już niczemu zaprzeczyć i niczego odkręcić. Niespodziewane odkrycie - tak długo oczekiwane i wymarzone odwzajemnienie tego zżerającego mnie kawałek po kawałku uczucia. Ostatnie dni były szaleńcze, wypełnione wydarzeniami których nie potrafię poukładać i ogarnąć rozumem. Wydarzenia o których nawet nie śmiałam marzyć. Kiedy tylko pomyślałam o jakiejś sytuacji w której okazałoby się że K. czuje to samo do mnie, ganiłam się w duchu myśląc że zbyt wiele sobie wyobrażam, że jestem głupią kretynką która widzi coś czego nie ma... Śmieję się, że nie starcza mi pamięci na twardym dysku, a mój procesor jest zbyt powolny, aby wszystko zarejestrować i zapisać - oczywiście to metafora mojego umysłu i pamięci :) Niedługo się pakuję do wyjazdu, zabieram się za analizę jakościową kationów (chemia analityczna, jakże romantyczne) a odczuwam wręcz fizyczny ból gdy go nie ma. Niemalże jak objawy odstawienia ulubionego narkotyku...

Tak doskonale udawałam, że nie ma czegoś takiego z mojej strony jak uczucia do niego, że w to wierzył przez cały czas. A ja wierzyłam, przynajmniej chciałam w to wierzyć, że on wcale nie odwzajemnia mojego emocjonalnego sztormu... Tylko tak można nazwać to, co we mnie wyzwolił. Tylko tak mogłam uchronić się przed bólem, do którego byłam przyzwyczajona - do bólu odrzucenia i braku wzajemności. I wiem teraz, że to co ma w sercu to ten sam sztorm, jaki targał mną przez ostatni czas, do którego się nie przyznawałam przed światem.

Pamiętacie to może? Fragment mojego starszego wpisu:

"I powiedzcie mi: dlaczego chłopak o wyglądzie młodego boga na ulicy rusza mnie w mniejszym stopniu niż chłopak, z którym rozmawiam, który patrzy mi w oczy podczas rozmowy i przyznaje się do tego, że łza mu się kręci w oku gdy słucha "Show must go on" Queena? No czemu, no???"

Tak, to było właśnie o nim.

Do ścieżki dźwiękowej mojego życia dorzucam...

(film gorąco polecam!)

(sprawdźcie sobie tłumaczenie tego utworu) oraz...

Trzymajcie kciuki. :)

piątek, 03 grudnia 2010

Witam po długaśnej nieobecności :D Jednak te szybkie poznańskie życie daje mi się we znaki, nie mam czasu żeby odwiedzić mojego bloga, ani blogi innych użytkowników... Ehh, życie studentki :P

Życie tej studentki którą jestem ja, wygląda następująco. Wstaję przed siódmą rano, oczywiście zmęczona, niewyspana, z nieodpartą chęcią spania jeszcze z godzinkę albo dwie. Jak już się z tego ciepluśkiego wyra wykulam, to idę zjeść śniadanie, w końcu brak śniadania oznacza wilczy apetyt przez cały dzień. Potem... hmmm... staram się doprowadzić do stanu, w którym stwierdzę że włosy w miarę leżą i wtedy dopiero mogę wyjść gdziekolwiek. Praktycznie cały tydzień (oprócz czwartku) mam zajęcia na 8 rano, co mnie doprowadza do szału. Zazwyczaj odbijam to sobie w środowe wieczory, kiedy idę na wieczór do Anki i Oliwii, poplotkować i skorzystać przy okazji z dobrodziejstwa jakim jest szybki i legalny internet :P no i Facebooka do woli. U mnie w mieszkaniu net ściąga tak sobie, do tego laptop współlokatorki chyba się zepsuł. Mówię chyba, bo Anka też miała kiedyś coś podobnego i później okazało się, że nie ma o co robić paniki. No ale, w każdym razie "laptop jest zepsuty" i nie wolno mi z tym dyskutować. Co oznacza, że nie dość że nie mam dostępu do internetu, to jeszcze nie mam dostępu do materiałów ze studiów które znajdują się na moim aparacie cyfrowym. Żyć nie umierać, kuźwa :P Czuję się udupiona totalnie i na amen. Jakby tego było mało, jak jeszcze laptop działał, to trzeba było się nim dzielić z trzema inymi osobami, więc komentarz "kiedy skończysz?" był na porządku dziennym. Chyba nie obędzie się bez kupna własnego sprzęciora, na który - rzecz jasna - trzeba sobie zarobić. A jak... tego jeszcze nie wiem :P W każdym razie wkurza mnie brak dostępu do neta (obecnie siedzę w kafejce na Głogowskiej hehe), czyli brak poczty, Allegro, Facebooka... Wkurza mnie też Poczta Polska. Książka którą wysłałam mojemu klientowi z Allegro pod koniec października, prawdopodobnie zaginęła w akcji i po dziś dzień mój klient jej nie zobaczył. Sweetaśnie, co nie? ;) Jeden raz się wywiązali z obowiązku, kiedy zamówiłam mamie perfum - to akurat doszło jak trzeba i bez opóźnienia. O dziwo :P

Jestem już trochę zmęczona tym miastem. Wszystkim po kolei. Wiecznym brakiem czasu na porządne najedzenie się. Przerażającą ilością czasu, jaką spędzam w drodze na tramwaj, w tramwaju, w drodze z tramwaju bądź w oczekiwaniu na niego. Jestem również zmęczona wszędobyslkim pośpiechem i wszechogarniającym brakiem czasu. Czas w Poznaniu zapieprza niemożliwie, poza momentami kiedy na coś czekam. Wkurza mnie też to, jak kasa potrafi uciekać przez palce. A to czynsz, a to rachunki, a to pożyczka, a to bilet miesięczny... Kasa strasznie szybko się rozpieprza, teraz przekonałam się o tym na własnej skórze. I wkurza mnie moje ciągłe zmęczenie. Jedną z przyjemności w tym ekspresowym życiu jest picie kawy z automatu w przerwach pomiędzy zajęciami. Kawa Nescafe z mlekiem i cukrem smakuje mi jak żadna inna, sama nie potrafię zrobić czegoś tak pysznego. Plus ta delikatna pianka, mmm :) Na tych strasznie nudnych zajęciach (w większości) kawa ratuje moja korę mózgową przed zupełnym wyłączeniem się i zrobieniem ze mnie roślinki która nie ogarnia co się wokół niej dzieje :P I w końcu przestaję dziwić się ludziom, którzy nie zauważają w swoim ciele symptomów jakichś chorób, lub je ignorują. Człowiek w wielkim mieście jest zazwyczaj tak zalatany, tak zajęty swoimi obowiązkami i wszystkim po kolei, że nie ma czasu się sobie przyjrzeć i zająć samym sobą. Zauważyłam to na swoim przykładzie. Lubię mieć duże lustro w łazience, mieć czas żeby się sobie przyjrzeć, porządnie się umyć, mieć czas na jakieś zabiegi pielęgnacyjne... "Porozmawiać" ze swoim ciałem. A teraz? Jedna mała łazienka i cztery baby które chcą się wykąpać. Siłą rzeczy i bez udziału mojej woli strategia dbania o siebie i spędzania tej godziny samemu w atmosferze relaksu (najlepiej z muzyką!) zmienia się w strategię "raz dwa trzy, umyj się i wychodź". Przesrane. Aaa, byście widzieli dzisiejszą i wczorajszą rozpierduchę z tramwajami - śnieg pokonał MPK :)

Chciałabym tutaj jeszcze napisać o tym, co się ostatnio z moim małym serduszkiem dzieje, ale chyba nie starczy mi czasu. Wiem tylko tyle, że czuję w moim sercu podejrzanie dobre ciepło, inne niż dotychczas, za sprawą pewnej osoby. I chyba się pochlastam, jeśli to skończy się pustką lub jeśli to okaże się zauroczeniem, które minie lada moment. Chyba tego nie zdzierżę...

PS. Nie mam chyba tego nowego życia - moje obecne życie jest zbyt związane z Ch-żą, by "rozpocząć" na nowo cokolwiek. Zbyt wiele mnie tam trzyma, zbyt często tam jestem... Zbyt wielu ludzi tam kocham i za nimi tęsknię :) Aha, i uwielbiam Facebook, który zawsze wie lepiej. :D

Dla Was:

Enjoy it! :D

12:24, fresco91
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6